0

Schudłam, UTRZYMYWAŁAM wagę, żarłam, waga rosła minimalnie, lecz przynajmniej dobrze się czułam. Udawałam przed samą sobą, że to w porządku, że wszystko okej. Przez długi czas niejednokrotnie starałam się przywrócić w swoim życiu ład i porządek. Pragnęłam, by zawitała w nim rutyna i monotonia, by każdy dzień wyglądał dokładnie tak samo. W końcu rutyna w moim życiu zawitała, jednak nie taka, jaka powinna. Stałam się jeszcze bardziej nerwowa, smutna, chamska, gruba. Nie liczę kalorii, nawet wyszłam już z wprawy, nie ćwiczę, nie mam wyrzutów sumienia. Od zawsze miałam skłonności autodestrukcyjne i zawsze mi to odpowiadało, dopóki nie zaczęłam szkodzić swojej diecie, odchudzaniu, wadze, wyglądzie. Przestałam o siebie dbać, chciałabym zaszyć się w jakimś cichym miejscu bez cienia ludzi. Jem byle co, bo na nic mnie nie stać – nie mogę iść do pracy, bo muszę być w domu i ogarniać cały ten syf, błędne koło. Nie tak powinno wyglądać moje życie, nie tak. Smutno mi i to bardzo, nie mam przy sobie nikogo, komu mogłabym o tym powiedzieć. Ciągle słyszę tylko o tym, że powinnam w końcu znaleźć sobie faceta. Ale jak ma mnie ktoś zaakceptować, skoro spoglądam w lustro z obrzydzeniem? Codziennie przynajmniej milion razy pojawia się w mojej głowie myśl, jak bardzo się nienawidzę. Starałam się to lekceważyć, lecz jak długo można w to brnąć jak gdyby nigdy nic? Nie mam pojęcia ile ważę i nawet nie chcę wiedzieć. Koniec. Chcę walczyć. I będę. Dzisiaj dzień „0″, czyli uświadomienia sobie swoich błędów. Jutro dzień „1″, czyli rozpoczęcie wszystkiego od początku. Z tego bólu i żalu wyniknie coś pięknego i dobrego, obiecuję sobie.